Popularne artykuły
| NIE MA ZMIŁUJ |
|
|
| Wpisany przez Cezary Bryka | |||
| niedziela, 23 października 2011 18:53 | |||
WILK MORSKI- występująca w rzeczywistym świecie postać z dziecięcych marzeń. Pływał po morzach i oceanach, zwiedził zakątki ziemi o których większość ludzkości nawet nie słyszała. Przeszedł na statku wszystkie stopnie wtajemniczenia – od jungi po kapitana. Szorował pokład i dowodził załogą wielkiej jednostki. Radzi sobie i jako dowódca i w czasie samotnego rejsu. Jeszcze pływa, albo już tylko barwnie opowiada. Charakteryzuje się ogorzałym, wysmaganym wichrami obliczem. Z wiekiem na jego twarzy pojawiają się bruzdy od trosk na pełnym morzu i zachwytu pięknem przyrody, a broda siwieje (w przypadku wilczycy morskiej broda nie występuje). Pija rum i pali fajkę, choć zdarzają się niepijące i niepalące wilki morskie, które zaburzają klarowność obrazu. Opowieści wilka morskiego pachną wiatrem i solą, pociągają przygodami, budzą zachwyt różnorodnością świata i chęć zobaczenia tych wszystkich miejsc, o których opowiada. SEA WOLF – to samo, tylko po angielsku. SEAWOLF – zupełnie co innego. Seawolf to również typ łodzi podwodnych, ale z tekstów autora o nicku @seawolf nie wynika, żeby uważał się za łódź. Natomiast odwrotnością wilka morskiego za jakiego się uważa, jest szczur lądowy. „Szczur od czasów masowych pomorów panujących w Europie, a w szczególności Wielkiej Zarazy Londyńskiej, kiedy to podejrzewano go o roznoszenie dżumy i innych plag (były to słuszne podejrzenia, gdyż jest on żywicielem pcheł, które bezpośrednio roznoszą tę chorobę, jak i inne) cieszy się bardzo złą opinią w kulturze europejskiej. Niezaprzeczalnie jest on szkodnikiem niszczącym żywność i zbiory rolne, szkodnikiem charakteryzującym się wielką ekspansywnością i łatwością adaptacyjną, obdarzonym swoistą inteligencją i zwinnością. Toteż przez wieki człowiek zmuszony był do walki z nim, niejednokrotnie była to walka o przetrwanie jednostek na danym terenie” (Wikipedia). Nazywanie przeciwnika „szczurem” wydaje mi się nieeleganckie. Szukając wytwornego zamiennika, znalazłem ssaka zwanego dydelfem. DYDELF brzmi wytwornie i równie zagranicznie jak „seawolf” (a nawet wręcz z grecka), jednak oznacza szczura workowatego, określanego jako „skamieniałość, zwierzę mało zmienione od dawnych epok geologicznych". Na mojego Dydelfa natrafiłem, poszukując bliższych informacji o pojmaniu i śmierci Muammara Kadafiego. Wnioski, jakie z wydarzenia wyciągnął bloger niesłusznie uważający się za odmianę wilka morskiego, wzbudziły we mnie nieposkromioną ciekawość jego osobowości. Dydelf pisze dwa blogi: po polsku i po angielsku, tak więc z jego przemyśleniami może zapoznać się cały świat. Poza tym publikuje teksty z blogów (a czasem nawet pisze całkiem świeże) w tak renomowanych portalach, jak niezalezna.pl (my informujemy – oni kłamią), wPolityce.pl, salon24, oraz „W sieci opinii”. Ten ostatni portal nazwał go „jednym z najbardziej znanych i najwyżej cenionych blogerów w Polsce”, piszącym „zawsze uczciwie, bezkompromisowo, frapująco”. Co wyjaśniwszy szeroko i długo, czuje się zobowiązany powrócić do frapującego tekstu Dydelfa na temat schwytania i śmierci Kadafiego. Oba blogi oraz wszystkie wymienione portale zamieściły esej, zatytułowany: „Kadafi, czyli czego uniknął Kiszczak”. „Tytuł właściwie wystarczy, to, co napiszę, to tylko wypełniacz, no, bo jak by to wyglądało, gdyby był sam tytuł i ewentualnie filmik pokazujący, jak Kadafiego zwlekają z maski samochodu, szarpią za włosy, poniewierają, depczą i wreszcie, jak można domniemywać z późniejszych zdjęć zwłok na Live Leak, na których ma kilka dziur w piersiach i głowie , których nie miał wcześniej, rozwalają seriami z Kałacha. Nie jest to widok przyjemny, ale i liczba zbrodni, jakie Kadafi ma na sumieniu sprawia, że współczucie jest nieco nie na miejscu. Z pewnością rodziny tych , których paranoiczny reżim zamordował samej Libii i poza nią, wszędzie, gdzie mordowali wspierani i zbrojeni przez niego terroryści, od Irlandii Północnej, po Lockerbie, po dyskotekę w Berlinie, po pustynie Czadu, po wszystkie afrykańskie reżimy, które szalony dyktator planował sobie podporządkować, jako przyszły władca kontynentu, no więc te wszystkie rodziny nie odczuwają, jak sądzę przesadnego współczucia. Na pewno nie rodziny tych 1200 więźniów z pewnego więzienia, których kazał pewnego dnia rozstrzelać. Ot , tak. I nie ten chłopak z Lockerbie, który wracał do domu, gdy na jego oczach na ten dom z jego rodziną w środku spadła ognista kula - która jeszcze chwilę temu była samolotem Boeing z dziesiątkami żywych ludzi” Po tak nieapetycznym prologu – autor, nawiązując do pozytywnych stosunków polsko-libijskich w czasach PRL, miękko przechodzi do programowego założenia eseju: „No, ale wracając do Kiszczaka, jakież szczęście miał ten Człowiek Honoru, wraz ze swoimi kolegami od odkręcanych śrubek w samochodach i zerwanych paznokci, od księży zabitych spirytusem wstrzykniętym w żyły, od ludzi utopionych w kałużach wody, od stoczniowca-konspiratora powieszonego na bramie, w przeddzień swej śmierci mówiącego rodzinie, by nie wierzyli w żadne wypadki, bo idzie na niebezpieczną akcję, od młodego człowieka bitego na komendzie tak, że jego wycie słychać było w całej okolicy tak, że ludzie spać nie mogli (śledztwo w sprawie jego śmierci umorzono), od stoczniowca, wrzucono do kanału stoczniowego po ucięciu nóg w kolanach piłą tarczową? I jakież szczęście miał inny Człowiek Honoru, który temu Kiszczakowi rzucił mimochodem, by coś zrobił z tym Popiełuszką, żeby już nie szczekał? Jak wielkie szczęście powinni dziś odczuwać, że to nie ich tak szarpią za włosy wdzięczni rodacy, ba, nie tylko, że nie szarpią i nie plują, nawet, jakże szyderczo i jakże słusznie zauważył Kiszczak, przez 20 lat nie potrafili im odebrać emerytury wielokrotnie przekraczającej emerytury ich ocalałych ofiar? A ten Kadafi, przecież też mógł sobie wyhodować koncesjonowaną opozycję, z którą by zrobił Okrągły Stół (a co mu szkodziło?) umówić się, że on nie rusza tamtych, a oni nie ruszają jego, mógł sobie zapamiętać, kto ile wziął i gdzie schował, zrobić kilka fotokopii archiwów, zadołować i spokojnie w dni parzyste żwawo i sprężyście maszerować na wywiady do telewizji, które założyli jego ludzie, w dni nieparzyste zaś przedstawiać zwolnienia lekarskie na rozprawy w sprawie zabójstw, których dokonali jego ludzie. Takie proste, a nie wpadł na to! A taki niby cwaniak”. Wszystkie teksty Dydelfa ilustrowane są fragmentami lub całością dzieła plastycznego, któremu warto dokładnie się przyjrzeć. Jego analiza może przynieść dużo radości: Przesłanie dzieła rozumiem tak, że kiedy Józef z Lechem zdołają przy pomocy husarii wypędzić przedstawicieli wszystkich partii i ugrupowań – ach, kogóż tam nie ma! – to na 312 685 kilometrach² naszej (do czasu) ojczyzny nareszcie zapanuje spokój. O, przepraszam! Dopiero teraz zauważyłem, że w dolnej części obrazu brak Waldemara Pawlaka. Widocznie Józef z Lechem przewidują koalicję. Przez chwilę nawet poddałem się marzeniu, że Dydelf uprawia szlachetną sztukę parodii, przez co pełni rolę V kolumny na łamach wrażych portali. Pisze ładną polszczyzną, wyraża myśli zrozumiale, a nawet stać go na odrobinę autoironii (którą wykazuje, promując się jako „oszołom, jaskiniowy antykomuch”). Jednak z bólem doszedłem do wniosku, ze to niemożliwe. Nie mogę dopuścić do świadomości, że redakcje portali „wPolityce.pl”, „niezalezna.pl (my informujemy – oni kłamią)”, „salon24” i „W sieci opinii” się mylą, a ja mam rację. Że tylko ja dostrzegłem kpinę, a oni wszyscy dali się nabrać. O nie, Dydelf nie uprawia parodii. On JEST parodią. - Ksiądz Stefan Niedzielak zginął zamordowany (prawdopodobnie ciosem karate) przez „nieznanych sprawców" w swojej plebanii na Powązkach w nocy z 19 na 20 stycznia 1989r.. W Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej stwierdzono szereg zewnętrznych obrażeń w okolicy twarzy i głowy oraz złamanie kręgosłupa szyjnego, mimo to ówczesne ministerstwo spraw wewnętrznych wykluczało morderstwo. - Ksiądz Stanisław Suchowolec zginął 30 stycznia 1989. Śmierć była skutkiem zaczadzenia podczas pożaru w na plebani. Początkowo śledczy twierdzili, że był to nieszczęśliwy wypadek. które powstało od zapalenia się "farelki”, którą ogrzewał pokój. Jednak wyszło na jaw, że ogień zaprószono celowo, by ukryć ślady morderstwa. - Ksiądz Sylwester Zych został odnaleziony w nocy 11 lipca 1989 przy dworcu PKS w Krynicy Morskiej jako zwłoki nieznanego mężczyzny, które w prosektorium, zostały rozpoznane jako szczątki księdza Zycha. Były ubrane inaczej niż ksiądz przed zaginięciem. W trakcie autopsji na ciele zostały zidentyfikowane liczne obrażenia, w tym pręgi z tyłu głowy, być może spowodowane uderzeniami pałki. To najbardziej znane, choć prawdopodobnie nie jedyne zabójstwa księży, za które odpowiadają władze PRL. „Prawdopodobnie” – ponieważ w pozostałych przypadkach nie udało się ze stuprocentową pewnością ustalić, że były zbrodniami politycznymi, a nie rzeczywistymi skutkami działań bandytów. Jednak nigdy nie pojawiła się wersja „wstrzykiwania spirytusu do żył” zamordowanych księży. Więc skąd wzięła się w artykule, porównującym zbrodnie gen. Kiszczaka do zbrodni Kadafiego? Ksiądz Zych kilka miesięcy przed śmiercią (marcu 1989 r.) został napadnięty przez trzech mężczyzn, którzy usiłowali przemocą wlać mu do gardła wódkę. Napastników spłoszył nadjeżdżający samochód. W lipcu, po rozpoznaniu zwłok księdza – pracownik TVP w Gdańsku, Witold Gołębiowski, dostał osobiste polecenie Jerzego Urbana, aby w Krynicy Morskiej nakręcić reportaż „o księdzu, który się zapił na śmierć". Dydelfowi gratuluję źródeł wiedzy. I żałuję, że nie pozostałem przy określeniu SZCZUR. Jednak jeśli ktoś postanowił być kulturalny, to nie ma zmiłuj. Jeśli postanowił być niekulturalny – też. Nie bronię tu gen. Kiszczaka: ma na sumieniu dość, żeby nie trzeba mu było dodawać. Bronię ofiar, które wycierpiały dostatecznie wiele, żeby nie wypadało przesłaniać ich rzeczywistych cierpień cudzymi, zmyślonymi dla urealnienia tezy felietonu. Aż prosi się o HIENĘ. A teraz zwracam się do przyjaciół (traktując tak każdego gościa NieNależnej, bez względu ma jego światopogląd). Zbrodnie, popełniane w ostatnich latach PRL, dość szybko przestawały być tajemnicami służbowymi. Można założyć, że o każdej z nich co nieco się słyszało. Jeśli ktokolwiek z Was słyszał o „stocznowcu-konspiratorze powieszonym na bramie, w przeddzień swej śmierci mówiącym rodzinie, by nie wierzyli w żadne wypadki, bo idzie na niebezpieczną akcję”, lub o „stoczniowcu, wrzuconym do kanału stoczniowego po ucięciu nóg w kolanach piłą tarczową” – niech poinformuje o tym w miejscu na komentarze, poniżej (publikujemy wszystkie komentarze – również te, które nie są po naszej myśli). Chętnie przeproszę autora za posądzenie, że cynicznie łże jak najęty. poprzestanę na twierdzeniu, że mija się z prawdą. Nadużywającym symboli narodowych – w tym przypadku husarii – należy się jeszcze lekcja poglądowa. Oto scena z filmu „Wszystko na sprzedaż”:
![]()
|
Joomla free themes by Lonex.


WILK MORSKI- występująca w rzeczywistym świecie postać z dziecięcych marzeń. Pływał po morzach i oceanach, zwiedził zakątki ziemi o których większość ludzkości nawet nie słyszała. Przeszedł na statku wszystkie stopnie wtajemniczenia – od jungi po kapitana. Szorował pokład i dowodził załogą wielkiej jednostki. Radzi sobie i jako dowódca i w czasie samotnego rejsu. Jeszcze pływa, albo już tylko barwnie opowiada.
Na mojego Dydelfa natrafiłem, poszukując bliższych informacji o pojmaniu i śmierci Muammara Kadafiego. Wnioski, jakie z wydarzenia wyciągnął bloger niesłusznie uważający się za odmianę wilka morskiego, wzbudziły we mnie nieposkromioną ciekawość jego osobowości. 
Dydelfowi gratuluję źródeł wiedzy. 










