|
Strona 1 z 2 Wyobraźmy sobie wygodne życie, które znajduje się w zasięgu naszej ręki. Najpierw zdecydujmy, jaka kwota miesięcznie będzie nam wystarczała na prowadzenie takiego życia. Powiedzmy, iż wystarczy nam 12,500 dolarów tygodniowo. Wszyscy Państwo zgodzicie się chyba, że można za to spokojnie i wygodnie żyć. Aby w pełni korzystać z życia, które za te pieniądze można kupić, życzymy sobie otrzymywać pieniądze codziennie. I tak, w poniedziałek, zasiadamy rano do biurka, wyjmujemy książeczkę czekową i wypisujemy czek na 2,500 dolarów. Idziemy do sklepu. Kupujemy to, czego nam potrzeba, a resztę bierzemy w gotówce. Na tym kończy się nasza poniedziałkowa praca. Teraz możemy zająć się przyjemnościami.
We wtorek rano, wyjmujemy książeczkę czekową i wypisujemy czek na 5,000 dolarów. Idziemy do sklepu, zamieniamy go na gotówkę i wysyłamy 2,500 dolarów do banku, dla pokrycia naszego poniedziałkowego długu. Reszta jest nasza i ponownie możemy się pogrążyć w słodkim nic nieróbstwie, po dniu „ciężkiej pracy". W środę rano wypisujemy czek na 7,500 dolarów. Idziemy do sklepu, zamieniamy na gotówkę, wysyłamy 5,000 do banku a 2,500 jak codziennie, wydajemy na nasze przyjemności. W sobotę i w niedzielę nie wypisujemy czeku, przecież nie możemy ciężko pracować w weekend? Wreszcie czas na odpoczynek i używanie życia. Piękne życie, prawda? Każdy z nas tak by chciał. Najcięższą pracą jest wypisanie czeku i pofatygowanie się do sklepu, a potem już sielanka. Dlaczego więc nie możemy tak żyć? Ponieważ bank w pewnym momencie powie: "Kolego, znajdź sobie inną dojną krowę. Oddawaj forsę, bo jak nie to ci zamykamy kredyt". Ale zaraz, zaraz. Czy bank może tak zrobić? Nie! Bank musi trzymać otwarty kredyt, dokąd będziemy spłacali dług. A my przecież codziennie spłacamy dług z poprzedniego dnia. Więc kiedy ta sielanka może się skończyć? W momencie, gdy dojdziemy do limitu wysokości naszego kredytu. Ale zaraz, zaraz. Komputer bankowy, liczący napływające pieniądze jest całkowicie ogłupiały. Dlaczego? Ponieważ kilka dni musi upłynąć od momentu kiedy wymienimy nasz czek na pieniądze w sklepie, do momentu, kiedy bank dostanie faktyczne pieniądze. Więc czas, po którym bank zorientuje się, że jest oszukiwany, znacznie się wydłuży. Sielanki dopełniłby mały, niewiele znaczący fakcik... - gdybyśmy posiadali możliwość regulowania wysokością naszego kredytu (podnosić go w nieskończoność). Wtedy dopiero moglibyśmy tę naszą „ciężką pracę" (wypisywanie czeków), przekazać, jako biznes rodzinny dzieciom. W ekonomii, to nasze wypisywanie czeków nazywa się "możliwością kreowania kredytu". Możliwość ta potrafi mylić wszystkich. Kasjer w sklepie wierzy, że posiadamy pieniądze na pokrycie naszego czeku. My, płacąc do banku udowadniamy, że posiadamy dobre intencje spłacenia naszego długu. Skoro nasze intencje są uczciwe, to bank też nie będzie miał do nas pretensji, a będzie zadowolony, że ma dobrego klienta, który obraca pieniędzmi. Na koncie zawsze będą pieniądze na pokrycie naszego czeku. Więc po co całą sprawę nagłaśniać? A poza tym, przecież tak działa całe państwo amerykańskie.
Skarb Stanów Zjednoczonych sprzedaje ludziom swoje akcje skarbowe (treasury bills), zanim zbierze w podatkach pieniądze na ich pokrycie. Wielkie korporacje funkcjonują w taki sam sposób. Gdy przychodzi do zapłaty długu, korporacje te po prostu dokonują bankowego refinansowania. Podczas tego procesu część długu jest umarzana. Zarówno Stany Zjednoczone, jak i wielkie biznesy, stosują te praktyki dzień po dniu. Kiedy czeki są za duże żeby można je było wymienić na gotówkę w jednym sklepie, do biznesu włącza się następny sklep, i następny, i następny i tak dalej... Skarb państwa, od 1971 r., tworzy bezwartościowe papiery, nazywane ‘bondami’. Następnie wymienia je w banku na gotówkę, wypisuje nowe i zastawia w banku, jako zabezpieczenie na te stare. Tyle, że te nowe bondy są coraz większe. Bankierzy, gdy zorientowali się, że w tym systemie są „nabijani w butelkę", zaczęli się bronić. Zaczęli kreować dolary - czyli papier bez pokrycia. Papier ten nie posiada w niczym żadnego zabezpieczenia, ani nie można za niego zapłacić. W ten sposób banki mogły kupować od nas, zwykłych obywateli dając za naszą pracę kawałek bezwartościowego papieru. My nie możemy domagać się, by banki wykupiły ów bezwartościowy papier od nas, za coś rzeczywiście wartościowego, ale banki mogą domagać się byśmy natychmiast po wypisaniu czeku oddali jego równowartość. Taki system jest doskonały do momentu, kiedy nie zamknie się kredytu. Wtedy trzeba zacząć spłacać zaciągnięte długi. W międzyczasie - długi się kumulują. W naszym przykładzie, pod koniec roku musielibyśmy wypisywać dzienne czeki o wartości 620 tys. dolarów. Wypisując czeki i nic nie wnosząc do ekonomii, zabieralibyśmy codziennie z rynku, zupełnie za darmo 2,500 dolarów. W ten sposób, każdego dnia, kreowalibyśmy sztuczne zapotrzebowanie na towary za 2,500 dolarów. To z kolei, spowodowałoby zachwianie równowagi ekonomicznej i w konsekwencji utratę wartości dolara. Czyli inflację. Normalna ekonomia powinna funkcjonować zupełnie odwrotnie. Zanim wypisalibyśmy czek, musielibyśmy mieć w banku pieniądze na jego pokrycie. Dlatego, stąd, dla gospodarki światowej, jest już tylko równia pochyła, prowadząca w przepaść. Poprzez wykreowanie sztucznego zapotrzebowania na produkty, czyli pieniądze kredytowe i zachwiania równowagi gospodarczej, zaczynamy negatywnie oddziaływać na wolny rynek. Za nieistniejące pieniądze kredytowe kupujemy towar, który nie powinien zostać wyprodukowany, lub; który należeć powinien do kogoś innego, (kto dysponuje prawdziwymi pieniędzmi). Aby zrównoważyć tę sytuację produkuje się dolary, które nie mają i nigdy nie będą posiadały żadnego pokrycia w towarze. W takiej sytuacji produkcja jest skrzywiona poprzez sztuczne zapotrzebowanie. Jakbyśmy dolali wody do benzyny. Im większe jest sztuczne zapotrzebowanie (woda) tym słabsza jest benzyna, której siła powinna być kształtowana w oparciu o zasadę wolnego rynku (popyt-podaż). Im benzyna jest słabsza, tym bardziej traci na wartości. Im bardziej traci na wartości, tym więcej musimy lać do baku i więcej musimy płacić. Tak samo z dolarami. Im są słabsze, tym więcej musimy ich wydać, by nabyć coś konkretnego. W ekonomii nazywa się to „zwyżką cen", a naprawdę powinno się nazywać „zmniejszeniem wartości dolara". W chwili, gdy na rynek wystawione zostaje coś, co nie posiada prawdziwej wartości, otwierają się nieskończone możliwości manipulacji i korupcji. Wolny rynek może być kontrolowany i podrabiany. Jedyną obroną wolnego rynku byłoby zastosowanie czegoś, co posiada realną wartość, jako odpowiednik wartości pieniądza. Tradycyjnie są to metale szlachetne. I tak, analiza ceny srebra informuje nas, że tylko w latach 1964 (rok po śmierci Kennedy'ego) do 1971, wolny rynek został podrobiony o 97%. Powróćmy jeszcze raz do naszego przykładu. Wiemy już, że pod koniec pierwszego roku naszego „nowego biznesu", musimy codziennie wypisywać czeki na 620 tys. dolarów. Okazuje się jednak, że w celach bezpieczeństwa sklep może przyjąć tylko czeki o wartości 20,000 dolarów. Oznacza to że pod koniec roku aby prowadzić dalej nasz biznes, musimy korzystać z 31 sklepów. Liczba ta z dnia na dzień musi się zwiększać. W pierwszym roku wymienialiśmy czeki w 31 punktach. W następnym musieliśmy to robić w 62 punktach itd. Jak długo mogłoby to trwać, zanim okaże się, że założone przez nas 2,500 dolarów naszego dziennego zysku nie wystarcza już na papier, na czeki i wynajem ludzi, którzy biegają po sklepach, by czeki puścić w obieg, a następnie do banku, by wpłacić pieniądze? Po dość krótkim czasie okaże się, aby wyjąć nasze 2,500 dolarów, musimy ponieść koszty w wysokości 180 tys. dolarów dziennie. Matematyka jest matematyką, ekonomia ekonomią i obie rządzą się twardymi zasadami. Czy teraz już widzimy, że taki system może prowadzić tylko w przepaść? Jeżeli cała ekonomia bazuje na kredycie, to może zrobić tylko jedno - zbankrutować!
Przeciętny Amerykanin myśli, że Federalny Bank Rezerw jest urzędem rządu amerykańskiego. Nic bardziej mylnego! FRB jest monopolistyczną prywatną organizacją. Korzyści odnoszą tylko amerykańscy i zagraniczni członkowie wielkiej finansjery, posługującej się ułudą pieniędzy, a faktycznie działającej na nieograniczonych kredytach. W ten sposób, kontroluje się „demokratyczne" wybory na wszystkich szczeblach, oraz parlamenty i ustawy prawne. Naczelnym zadaniem mediów jest takie przedstawianie współczesnego świata, aby w żadnym wypadku nie dotknąć tych schematów - byście Państwo nie zaczęli rozumieć, że to Wy za to wszystko płacicie, podczas gdy ktoś inny siedzi i wypisuje czeki. W potocznym wyobrażeniu króluje przekonanie, że skoro wpłacamy pieniądze na depozyt bieżący to bank ma w każdej chwili gotówkę na wypłatę naszych środków. To przekonanie jest błędne. Nawet, gdyby cała wyemitowana przez banki centralne gotówka była w skarbcach banków komercyjnych, to banki te nie są w stanie wypłacić więcej niż ok. 17 % depozytów bieżących w np. Stanach Zjednoczonych, czy ok. 36 % depozytów bieżących w Polsce. Banki komercyjne na całym świecie są cały czas zagrożone niewypłacalnością na skutek uprawnionego roszczenia klientów o wypłatę depozytów. Dotyczy to praktycznie każdego banku: najgorszego i najlepszego, największego i najmniejszego. Strach o upadłość jest tak przytłaczający, że publiczne wspominanie o tych faktach rodzi reakcję w postaci głosów potępienia za możliwość wywołania paniki (run na banki). Skoro pieniądz banku centralnego (monety i banknoty) znajduje się w zdecydowanej mniejszości, to skąd wzięła się w bankach komercyjnych przytłaczająca ilość depozytów? Wykreowały je same banki komercyjne. Idea pomysłu narodziła się jeszcze w czasach pieniądza kruszcowego. Bankierzy przyjmujący kruszce na przechowanie i wystawiający w zamian pokwitowania (które same zaczynały krążyć jako pieniądz) zauważyli, że po odbiór kruszców klienci nie zgłaszają się w jednej chwili, a w skarbcach bankierów przeważnie pozostaje zapas kruszcu. Zaczęto wystawiać więcej pokwitowań niż faktycznie było kruszcu w skarbcu. We współczesnych czasach rolę kruszcu, skarbca i pokwitowania przejęły kredyty i depozyty w księgach banku. Udzielając kredytu bank dokonuje dwóch operacji: zapisuje, że kwota kredytu jest zobowiązaniem kredytobiorcy (należność banku) i jednocześnie udostępnia tę samą kwotę na depozycie bieżącym kredytobiorcy (zobowiązanie banku). Przez sam akt udzielenia kredytu jest kreowany nowy pieniądz. Jedynym zmartwieniem bankiera jest to, aby mieć zapas gotówki, gdy klient zechce wypłacić depozyt bieżący. Ale to w skali tysięcy klientów jest incydentem. Ci co wypłacają są równoważeni przez tych co wpłacają. Bankier może udzielać znacznie więcej kredytów i tworzyć nowe depozyty bieżące niż zapas gotówki. Politycy usankcjonowali ten "zwyczaj" zobowiązując banki komercyjne do utrzymywania rezerw obowiązkowych jedynie jako drobnej części depozytów (w Stanach Zjednoczonych 3 i 10 %, a w Polsce 3,5 %). Tworzenie pieniądza depozytowego przez udzielanie kredytów jest dla banków komercyjnych nomen omen złotym interesem. Banki zarabiają na różnicy oprocentowania kredytów i depozytów. Jednocześnie w dowolny sposób mogą kierować na rynek kredyty i tym samym nowy pieniądz. Koncentracja marketingu kredytów na konkretnym segmencie rynku skutkuje podwyższaniem cen na tym rynku. Najświeższym przykładem są nieruchomości w Stanach Zjednoczonych (2006) i Polsce (2008). To decyzje kredytowe banków komercyjnych doprowadziły do powstania i puchnięcia baniek spekulacyjnych. Z drugiej strony jeżeli bankierzy zadecydują, aby nie udzielać kredytów, to w gospodarce nie pojawia się nowy pieniądz. Co więcej- już udzielone kredyty są stopniowo spłacane, co powoduje spadek podaży pieniądza. Z tym zjawiskiem mamy do czynienia obecnie, gdy banki de facto zamroziły akcję kredytową. Istnieją przypuszczenia, że decyzje bankierów o wstrzymaniu akcji kredytowej nie zawsze były przypadkowe, czy uzasadnione złym stanem banków. Ich celem mogło być wywołanie deflacji i kryzysu gospodarczego w wyniku którego osoby mające dostęp do środków pieniężnych mogły tanio kupić liczne aktywa (np. akcje, nieruchomości).
|
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.